RoweRoma – złe miłego początki…

Od tego posta zaczynamy relację z RoweRomy, czyli wyprawy rowerowej do Rzymu, o której pisałem w poprzednim poście.

Dla mnie ta wyprawa zaczęła się 26 czerwca. Już wtedy zacząłem odczuwać to znane mi już przedwyprawowe uczucie – ekscytację pomieszaną z lękiem. Czy i jak sobie poradzę? Trzeba było też się spakować, więc tradycyjnie wyrzuciłem wszystko na dywan i powstała ta oto fotka.

IMAG0352Gdyby nie to krzesło…

To właśnie w nocy z 26 na 27 czerwca kolejny już raz katowałem się myślami dotyczącymi mojego bagażuczy wszystko już mam? Wszystko wziąłem? Nic nie zostało? A czasu następnego dnia nie było – zakończenie roku szkolnego o 10 rano, szybki prysznic, dopakowanie i już trzeba było pędzić na pociąg do Poznania.

IMG_2350

Wszystko?!… fot. Olga Kroplewska

Dzień przedtem przytrafiła mi się jeszcze jedna ciekawa historia. Byłem w supermarkecie po zakupy na drogę i moją uwagę przyciągnął mały przewodnik po Włoszech. Spojrzę w sumie – pomyślałem. Otwieram go i co widzę? Loreto – jedno z miast, które planowaliśmy zwiedzić i – jak się później dowiecie – zwiedziliśmy.

IMAG0354Przypadek…?

Około godziny 3 w nocy 27-ego, po godzinie walki z odpowiednim ułożeniem namiotu, karimaty i śpiwora na bagażniku z radością stwierdzam, że wszystko jest już tak, jak ma być. Ignoruję swoje myśli – dzisiejszej nocy już nic mądrego mi nie podpowiedzą.

IMAG0362

Zmieniam ksywkę roweru na TIR i nie jest to bezpodstawne…

Co prawda wygląda on jak ciężarówka tylko z powodu mojego niedoświadczenia – po paru dniach wiedziałem już jak zrobić, żeby nie wyglądał jak rower na Syberię. Stwierdziłem, że przed jutrzejszym odjazdem warto byłoby się na nim przejechać, wyczuć go – nie był to wcale zły pomysł. Rower z takim obciążeniem – po pierwsze jest o wiele bardziej wywrotny, po drugie – ciężej go rozpędzić, po trzecie – ciężej go zatrzymać, szczególnie z górki. Pierwsza jazda jest bardzo dziwna – czuję się bardzo niestabilnie. Już tej nocy wiedziałem, że na następną wyprawę kupię porządną stopkę. Utrzymać rower z sakwami na standardowej od Krossa graniczy z cudem, a i unieść go też za bardzo nie ma jak. W związku z tym obrywa się sakwom, na których przez całą wyprawę utrzymywałem swój pojazd. Po krótkiej przejażdżce poszedłem wreszcie spać.

Tytuł tego posta nie wynika z mojej pomyłki, czy też niewiedzy. Przecież mówi się – miłe złego początki.. – pomyśleliście. Owszem, mówi się, ale będziemy mieli do czynienia z kompletnie odwrotną sytuacją. Że wyprawa będzie “miła” – tego się spodziewałem, ale że tak się zacznie – w najśmielszych snach bym tego nie oczekiwał. Powróćmy do biegu wydarzeń. Dopakowałem kosmetyczkę, zamknąłem dom i ruszyłem na rowerze w kierunku dworca. Wpadłem w refleksyjny nastrój – w końcu trochę mnie tu nie będzie, a poza tym coraz bardziej uświadamiałem sobie, że to wszystko właśnie się zaczęło. Wszystkie rozmyślania, przygotowania, zakupy rowerowe prowadziły właśnie do tego momentu. Z takimi myślami po 10 minutach byłem na iławskim dworcu.

Od razu zauważyłem pięcioro innych kompanów z Iławy, z którymi spędzę kolejne 3 tygodnie. Chwila rozmów, krótka wymiana zdań i… ktoś wskazuje na moje tylne koło. Spoglądam tam i widzę… dętkę do wymiany. Już?! Halo, jak to możliwe? Że dętka? Że Schwalbe Marathon i dętka na starcie?! Wziąłem tylko 2 zapasowe i jeszcze nie wyjechaliśmy, a mam już jedną?gotowało się we mnie. Jednak po paru minutach stwierdziłem, że nie ma sensu się denerwować, pociąg do Poznania jedzie 4 godziny, na spokojnie wymienimy. I dobrze, że wtedy odpuściłem nerwy, bo później było jeszcze ciekawiej.

Jako, że nasze rowery ważyły grubo ponad 25 kg(?) stwierdziliśmy, że nie będziemy ich znosić, tylko skorzystamy z windy na dworcu. Zjechał pierwszy rower, drugi, czwarty, no i moja kolej. Podnośnik – który do największych nie należał – obsługiwał grubszy pan (chyba ochroniarz), więc wejście z rowerem, sakwami i samym rowerzystą graniczyło z cudem. Ale jakoś weszliśmy – Pan wciska poziom -1, wszystko pięknie, winda zjeżdża. Po chwili ochroniarz dręczony niezręczną ciszą wypala: Ta winda się często zacina – i jak za dotknięciem magicznej różdżki winda staje i ruszyć się dalej nie chce. Sytuacja jak z filmu. Ochroniarz zaczyna wyrzucać z siebie niecenzuralne słowa, psioczyć na PKP, co nie zmienia faktu, że podnośnik nie reaguje na jakiekolwiek komendy. A już widzimy podziemie, tylko drzwi nie da się otworzyć. Grubszy pan zaczyna się denerwować – że duszno, że pić się chce, i że w ogóle jest źle.   5 minut do odjazdu pociągu. Wszyscy już się zapakowali i czekają na mnie. Decyduję się zadzwonić do kompanów i powiedzieć, aby porozmawiali z konduktorem o tej sytuacji. Przecież to nie moja wina, że na dworcu są takie podnośniki, a nie inne. Co najbardziej mnie zdziwiło – przyjąłem tę sytuację na chłodno. Jakoś mnie to nie ruszyło – jakbym gdzieś w głębi przeczuwał, że tak jakoś miało być, i już. Konduktor godzi się chwilę poczekać, w tym czasie mój kompan z windy próbuje dodzwonić się do serwisu technicznego – bezskutecznie. Wszyscy odsyłają go do innych osób. Po 10 minutach walki wreszcie otrzymał telefon do odpowiedniej osoby i serwis jest w drodze. Pociąg jest już opóźniony 10 minut i z tego co się orientuję – konduktor nie ma zamiaru dłużej czekać… Nagle winda nie wiedzieć czemu ożywa. Wybiegam z niej szybko, na schodach widzę już konduktora, który mnie pogania i nie pamiętam już nawet kto pomaga mi wnieść rower. Przy wejściu do pociągu widzę już kompanów, którzy – niczym na pit-stopie w F1 – czekają tylko aż mój rower do nich dojedzie, żeby go szybko rozpakować i wrzucić do przedziału. Wszystko dzieje się tak szybko, jak wymaga tego sytuacja i już jesteśmy w przedziale dla rowerów. Do niego wsiada też konduktor, ale… Co jest?! Nie ma mojego telefonu w kieszeni. Przez głowę przeszła mi myśl: może w tym pośpiechu schowałem go do sakwy..? A sekundę po niej następna: Niee, to niemożliwe. Zaczynam panikować, pociąg jeszcze nie odjeżdża ale konduktor chyba sprawdza już, czy wszyscy wsiedli. Nie pamiętam już dokładnie tego momentu, ale szybko powiedziałem wszystkim, że nie ma mojego telefonu i nie wysiadając z pociągu zaczęliśmy krzyczeć na peron: TELEFON!!! Konduktor chyba miał nas już dość, gwizdnął na odjazd i akurat w tym momencie na horyzoncie ujrzeliśmy młodego człowieka (który pojawił się kompletnie znikąd) biegnącego z czymś w ręce za naszym pociągiem (na szczęście nasz wagon był ostatni). Znów krzyczymy: STOOOOOP!!! Chłopak biegnie ile sił w nogach, ale jeśli pociąg nie zwolni – raczej nie zdąży nas dogonić. Na szczęście pociąg zwalnia i ktoś z naszej grupy otrzymuje do ręki mój telefon. A już tak mało brakowało – to była kwestia paru sekund. Nie wiem kim był ten człowiek, ale mam u niego dług na całe życie. Zacząć wyprawę utratą telefonu – to na pewno odbiłoby się na jakości moich wspomnień.

Po wymianie dętki usiadłem i za bardzo nie mogłem uwierzyć w to co się stało. Splot tylu pechowych zdarzeń jeszcze przed samym wyjazdem… Już nic złego chyba mnie nie spotka 🙂 – pomyślałem. To cud, że wszystko ostatecznie zakończyło się dobrze – mam telefon, dętkę wymieniliśmy i nie musiałem czekać na następny pociąg. Jak to wszystko się stało w przeciągu godziny? Nie wiem. Gdzie zgubiłem telefon i czemu – najzwyczajniej w świecie – nikt go sobie nie przywłaszczył? Nie mam pojęcia. Nadal myślę. Ale na tym etapie wyprawy mój mózg parował wręcz od nadmiaru bodźców i wrażeń.

Na koniec pierwsza zajawka z wyprawy – polecam oglądać w HD!

https://www.youtube.com/watch?v=-OUN9pwwdHI&hd=1

Górski stop cz. 4

Naszą decyzją był brak konkretnej decyzji. To znaczy – postanowiliśmy czekać na rozwój sytuacji. Mój stan zdrowia nie był aż tak tragiczny, żeby wzywać helikopter, a odwołać tak od razu pierwszą poważniejszą autostopową przygodę nie jest łatwo. Schronisko o nazwie “Bacówka pod Honem” zauroczyło nas niesamowitym klimatem i uprzejmością personelu. Porozmawialiśmy trochę z pracownikami (z którymi jest się na Ty) i dowiedzieliśmy się, że w Cisnej znajduje się punkt medyczny, a jak się nam poszczęści, to może nawet złapiemy lekarza pierwszego kontaktu. Uprzejma Pani, której imienia nie pamiętam zaproponowała, że zjedzie ze mną samochodem do punktu medycznego, a przy okazji dowiemy się, kiedy przyjmuje lekarz.

Jesteśmy już na dole i “punktem medycznym” okazuje się zwykłe mieszkanie, w którym żyją ratownicy medyczni. Dzwonimy raz.. cisza. Drugi – to samo. Piąty – bez zmian. Tak czekaliśmy około godziny, aż wreszcie ujrzeliśmy wjeżdżającą na podwórko karetkę, w której byli ludzie tak bardzo mi wtedy potrzebni. Przedstawiłem im moją sytuację i zostałem zaproszony do karetki na badania. Najpierw podstawy – osłuch płuc, gardło, i tak dalej. Czysto. Później robi się poważniej – ciśnienie krwi, EKG.

I tu zaczyna się robić ciekawie. Leżę spokojnie (a przynajmniej tak mi się wydaję) podczas badania EKG, następuje wydruk 1 świstka. Panowie spoglądają na siebie. “Jeszcze raz” – usłyszałem i moje ciśnienie w tym momencie na pewno wzrosło. W tym okresie życia miałem małe problemy z sercem, więc przez myśl mi przeszło, że być może “małe problemy” już wcale małe nie są, a ja tu po górach chcę chodzić. Znów spojrzeli na siebie“Zrób jeszcze raz”. Teraz przez głowę przechodzą mi najczarniejsze myśli. Widać już trzeci świstek i słyszę uspokajające “No, już jest dobrze, chyba się Pan zestresował, co?”. Nie, zrelaksowany jak nigdy byłem… Założono mi jeszcze jakieś dziwne urządzenie na palec, które – jak się okazało – mierzyło natlenienie krwi“A pali Pan?” – słyszę pytanie. “Nie, a czemu?” -“Bo saturacja jest niska”. Badanie zostaje ponowione i znów okazuje się, że wszystko jest w normie. Niepotrzebny stres. Medycy mają jeszcze mały kłopot z formalnościami, bo każdy pacjent musi podpisać kartę. Jako, że ja jestem niepełnoletni, to tę kartę musi podpisać osoba za mnie odpowiedzialna, czyli jeden z rodziców, których przy mnie nie ma. Po chwili namysłu i dyskusji ja sam ją podpisuję i słyszę diagnozę“Tak naprawdę, to my nie wiemy co to jest, wygląda to na początek jakiegoś zapalenia. Najlepiej, to jakby Pan wrócił do domu”. Dostaję jeszcze informacje dotyczące godzin przyjęć lekarza i wracam z powrotem do schroniska.

Razem z Oskarem ustalamy, że ja zostaję w Bacówce a on jutro wyrusza w drogę. W razie, gdyby mi się polepszyło – dojadę do niego autobusem i będziemy kontynuować przygodę. Nadchodzi wieczór i już czuję pierwsze symptomy – zaczyna boleć mnie gardło i lewe ucho. “No jasne” – pomyślałem. Wszystko stało się proste i oczywiste, tym bardziej, że objawy nasilały się z każdą godziną. Stwierdziłem, że odwiedzę jutro lekarza i wtedy zadecyduję.

Nastał dzień kolejny. Zjadłem śniadanie, a potem rozpocząłem moje powolne zejście w dół, które i tak skończyło się w pełni przepoconą koszulką. W sklepie kupiłem jeszcze czosnek, żeby w pełni walczyć z nabytą chorobą i stanąłem w kolejce do lekarza. Po kilku minutach byłem już oko w oko z Panią doktor i diagnoza była oczywista – zapalenie gardła. Zalecono mi wrócić do domu. A czemu tak się pocę? “Bo jak jest niska gorączka, to człowiekowi goręcej, a jak wysoka – to zimno”. Zapamiętam Pani doktór.

Nie mam zamiaru walczyć z rzeczywistością i decyduję się na powrót do domu. Informuję o tym Oskara, od którego dowiaduję się, że spotkał na szlaku znajomego z Ełku i nawet ma transport powrotny. Ja za to ogarniam autobusy do Rzeszowa i pociągi do Iławy. Jutro pobudka o 5 rano. Mój stan znów się pogarsza, zaczynam mocno kaszleć, nie za bardzo mogę się wypowiadać. Na szczęście szybko zasypiam, równie szybko wstaje i zanim się obejrzałem wchodziłem już do pociągu relacji Rzeszów – Gdańsk (wcześniej zapłaciwszy za nocleg, rzecz jasna!)

Czas na refleksje – czy było warto? Całe to kompletowanie sprzętu, stres mój i rodziców, przygotowania… Otóż było, bo wiele się podczas tego wyjazdu nauczyłem. Przede wszystkim chodzi o wiedzę typowo autostopową – już wiem, czego do plecaka nie wkładać, gdzie nie stać i że ciuchów bierze się zawsze za dużo. Jak gość drapie się “w okolicach” to niekoniecznie zostaniesz zaraz zgwałcony, może on po prostu potrzebuje do toalety. Poza tym – samodzielność. Czasem jest bardzo fajnie, a czasem masz doła życia i nikt Ci nie pomoże w przeżywaniu tych emocji (zakładając, że jedziesz sam/a lub partner też ma się nie najlepiej). Lub inaczej – nic nie pomoże Ci tak jak widok zatrzymującego się samochodu. Bez względu na to co się dzieje – z każdej sytuacji jest wyjście, a ludzie – nawet nieznajomi – są pomocni. No i główny wniosek – nigdy nie rób nic mimo wszystko. Trochę tak wyglądał mój wyjazd – byłem 3-4 dni po chorobie, nie do końca doleczony, ale stwierdziłem, że “jak nie teraz, to kiedy” i wyruszyliśmy, bo szkoda by mi było tych wszystkich dni spędzonych na przygotowaniach, rozmowach i kompletowaniu sprzętu. W rezultacie przygoda zakończyła się tak, jak się zakończyła. Mimo wszystko – jestem zadowolony 🙂

 

STOPÓW: 5

DNI: 4

PRZYGÓD: DUŻO

WNIOSKÓW: JESZCZE WIĘCEJ

PLN: ~140 (głównie bilet powrotny i noclegi)

IMG_2619

PS. W następnych relacjach na pewno ujrzycie więcej zdjęć. Mieliśmy aparat, ale skupiliśmy się na tym, żeby przetrwać 🙂

RoweRoma!

Ten post będzie inny niż wszystkie. Chcę opisać mój plan na następne 4 tygodnie – a jest on związany z kolejną, zbliżającą się wielkimi krokami wyprawą. Tym razem środkiem lokomocji będzie rower.

IMAG1067

Mój rumak. To właśnie na nim podbiję świat.

Czas mija zbyt szybko. Pamiętam, jak jeszcze niedawno zastanawiałem się, czy chcę wziąć udział w takim przedsięwzięciu. To było w styczniu, a mamy końcówkę czerwca. Po niezbyt długim namyśle stwierdziłem-  jadę. Spróbuję czegoś innego niż stop, a jednocześnie pozostanę w obrębie niekonwencjonalnych metod przemieszczania się. Takim oto sposobem pozostały 4 dni do wyprawy rowerowej do Rzymu.

1309632-rzym

Co nas czeka? 2000 kilometrów pedałowania, noclegi w namiotach lub organizowane spontanicznie, tysiące kalorii spalanych dziennie, dominacja głodu i zmęczenia. Dużo radości, pewnie i łez, wzajemne wsparcie i pokonywanie własnego umysłu. Przejazd przez Polskę, Czechy, Austrię i Włochy. Hochalpenstrasse – widokowa, alpejska droga wysokogórska.

hochalpenstrasse

Fragment Hochalpenstrasse.

Jedzie 23 śmiałków, głównie z Iławy, Poznania i Śląska. Organizatorem i opiekunem wyprawy jest ojciec Krzysztof Machelski OMI. Trasa planowana: Poznań – Lubawka – Czeskie Budziejowice – Salzburg – Lienz – Wenecja – Asyż – Padwa – Werona – Ravenna – San Marino – Florencja – Piza – Siena – Casta – Loreto – Rzym (-Monte Cassino). Na zwiedzaniu skupimy się głównie w samych Włoszech.

logo_do-rzymu

Logo wyprawy.

Chętnych, którzy chcieliby obserwować przebieg wyprawy ‘na żywo’, zapraszam do polubienia naszego fanpage’a na facebookuhttps://www.facebook.com/pages/roweRoma/810534272298401

W miarę możliwości (darmowego Wi-Fi) będziemy informować o tym, jak nam się jedzie i czy dzielnie znosimy wszelkie trudy na drodze.

10498373_720492801340835_8932769646862917354_o

Trzymajcie kciuki! 🙂

Górski stop cz. 3

Trudno było nam wywnioskować tylko z wyglądu, ale to znowu obcokrajowcy. A w zasadzie jedna z osób – pasażer. Zaczynamy rozmawiać i dowiadujemy się, że ludzie z lekko starego już samochodu jadą w kierunku naszego celu, a co najważniejsze – za Warszawę. Nie mamy żadnych podejrzeń, nic w środku nie wydaje się dziwne, więc wsiadamy.

Jak zawsze na początku – zadajemy parę pytań, żeby rozluźnić atmosferę i jednocześnie nawiązać kontakt z podróżującymi. Idzie nam to dość topornie, ale to nie do końca z naszej winy. Para mężczyzn, która wzięła nas na stopa wydawała się niezainteresowana jakimikolwiek rozmowami. Dowiedzieliśmy się jedynie, że pasy nie działają, a kierowca jest z Nidzicy. Jedzie on obecnie ze swoim wspólnikiem (który nie rozumie polskiego i jest nieznanego pochodzenia) na Ukrainę, gdzie ma zamiar sprzedać samochód, w którym obecnie jedziemy. “Aha, pasy nie działają” – usłyszeliśmy. Zaczyna się ciekawie. Tak jedziemy w błogiej ciszy, wymieniając ze sobą kilka słów na jakiś czas i wjeżdżamy do Warszawy. Panowie mają GPSa, więc sprawa wydaje się całkiem łatwa – po prostu jechać tam, gdzie nam każe Hołowczyc. Rzeczywistość nieco różni się od tego przeczucia i wcale nie jest tak prosto – wyjeżdżamy nie od tej strony Warszawy, co trzeba. Musimy się zatem cofnąć – to oznacza, że tracimy trochę czasu. Z całej tej frustracji kierowca po godzinnym milczeniu wykrzyknął: “Jebać Legię, nie?“. Spojrzałem na Oskara i odpowiedzieliśmy niepewnie: “no… tak“. Po wyjeździe ze stolicy podróż przebiegała już bez komplikacji. Aż do pewnego momentu. Nagle, na prostej drodze samochód skręcił w las. Poziom adrenaliny wzrósł diametralnie. Szybko zapytałem: “dlaczego tu jedziemy?“. Panowie roześmiali się – albo zrobili to specjalnie, albo nie zorientowali się z jak dużym stresem dla autostopowicza taka sytuacja się wiąże. “Tylko się wysikać” – uff, co za ulga. Rzeczywiście tak się stało. Kierowca był też głodny, więc maska samochodu posłużyła jako stół. Razem z Oskarem uzgodniliśmy, że już nam starczy emocji i pójdziemy łapać następnego stopa. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego.

Przyszło nam czekać około 30 minut. Na zatoczkę wjechał samochód i od samego początku napotykamy problemy. Samochód był stary – drzwi były jeszcze na specjalne zaciski, które trzeba odciągnąć do góry od wnętrza, żeby otworzyć. Pech chciał, że złapałem za klamkę w momencie, w którym kierowca pociągał za zacisk i drzwi się zablokowały. Przez kolejne 20 sekund cały czas chwytałem za klamkę, jednocześnie kierowca coś mi pokazywał, ale nie było to dla mnie jasne. Po 15 sekundach tak mocno się zdenerwował, że miałem wątpliwości co do słuszności decyzji o wsiadaniu. Ostatecznie jakoś otworzyłem swoje drzwi, usłyszałem parę komentarzy na temat swojego nieogarnięcia i już byliśmy w drodze do Rzeszowa. Jak się okazało – moje wątpliwości zostały szybko rozwiane, bo kierowca po ostudzeniu emocji był naprawdę w porządku. Mówił, że wziął nas dlatego, że kiedyś sam tak podróżował, jak nie miał pociągu lub autobusu. A to do dziewczyny, albo w innych sprawach. Od tego momentu krajobraz zaczyna mnie urzekać – robi się mocno górzyście, a to tygryski lubią najbardziej. Teraz jest już łatwiej z kontaktem, bo prawie cały czas rozmawiamy. Opowiadamy mu całą swoją historię, w zamian otrzymujemy wskazówki dotyczące Bieszczad – schronisk, szlaków, szczególnych miejsc. Po pewnym czasie zaczyna mi się robić bardzo gorąco, pomimo tego, że temperatura na zewnątrz nie przekracza 20 stopni. Zaniepokojony pytam współtowarzyszy, czy mają podobne odczucia. “Nie, no co ty“- odpowiadają. To dziwne. Kierowca mówi, że planuje zatrzymać się przy jakiejś restauracji coś zjeść. Po około 20 minutach znajdujemy odpowiednią. Ja korzystam z okazji i na postoju zwilżam papierowe ręczniki zimną wodą i robię sobie okłady na czoło i szyję. Przy okazji urzeka mnie muzyka lecąca w łazience restauracji. Najlepsza jaką słyszałem do tej pory w łazienkach.

IMG_2598

Karczma Jorgula… najlepsza muzyka w łazience ever.

Wsiadamy ponownie do samochodu i pozostało nam już niewiele, aby znaleźć się 500 km od domu. Mój stan się lekko pogarsza. Do Rzeszowa dojeżdżamy na godzinę 20 – o tej porze roku zaczyna już zmierzchać. Zostajemy wyrzuceni na przystanku autobusowym na wylotówce w stronę Sanoka. Możemy dalej łapać, ale ze mną jest źle – wszyscy chodzą w kurtkach, a ja stoję na koszulce i jest mi gorąco. Na przystanku spotykamy jeszcze parę autostopowiczów, wymieniamy się numerami telefonów. Ja zaczynam panikować – nigdy wcześniej nie odczuwałem takiego ciepła. Czułem, jakby ktoś wewnątrz mnie włączył jakiś piecyk. Robi się ciemno, dalej w tym stanie stopować nie możemy, a perspektyw na nocleg też brak. Zastanawiam się nawet, czy w schronisku nas przyjmą – przecież nie mamy 18 lat. O hotelu to już mowy nie ma, ale mimo to próbujemy – bez skutku. Zaczepiamy młodych ludzi – na oko studentów – i pytamy o najbliższe schronisko. Mówią, że to całkiem daleko, a do tego trudno wytłumaczyć drogę, bo jest dość skomplikowana. W końcu oferują, że nas tam zaprowadzą, bo i tak idą w tę samą stronę. Opowiadamy im o wszystkich dzisiejszych wydarzeniach, a ja pocę się niemiłosiernie będąc w samej koszulce w temperaturze 10 stopni. W pobliżu schroniska zahaczamy jeszcze o aptekę, żeby kupić termometr. W końcu, po chyba godzinnym spacerze przez cały Rzeszów docieramy do celu i zastaje nas taki oto widok:

IMG_2603

Przypadek?…

Powróciła wiara w gatunek ludzki, bo jak się okazało studenci dość dużo nadrobili, żeby nas odprowadzić. Dziękujemy im i około 22 wchodzimy do schroniska. Dowiadujemy się, że wystarczy legitymacja, parę złotówek i już można leżeć na piętrowym łóżku w dziesięcioosobowym pokoju. A to jest dopiero frajda! Niestety (a może i stety) oprócz naszej dwójki śpi tam jeszcze dwóch mężczyzn. Wchodzimy, przedstawiamy się, ogarniamy swoje rzeczy. Po użyciu termometru decyduję się wziąć tabletkę przeciwgorączkową. I zaczyna się. Rozpoczęliśmy rozmowy z naszymi dwoma kolegami z pokoju. Jeden jest Albańczykiem, który przyjechał tu do swojej dziewczyny (Polki oczywiście), drugi to rodowity Polak, który weekendami uczy się w jakiejś szkole, a tutaj nocuje. Oboje około 30-40 lat. Kolega z okolic Grecji powala mnie płynnością używania języka polskiego. Tak więc pytam – w czym tkwi sekret? “Słuchaj, ona powiedziała mi tak – albo mówisz do mnie po polsku, albo wcale” – odparł. Wnioski co do metodologii nauki języków obcych wyciągnijcie sami 🙂 Obydwaj bardzo pocieszni, weseli i optymistyczni. Albańczyk mówił bardzo śmiesznie – powoli, rozważnie, jakby w zwolnionym tempie, ale podczas chyba dwugodzinnej rozmowy wyłapałem tylko 2 błędy w odmianie. Do dziś u mnie na dysku krąży nagranie jakiejś historii, którą opowiadał. I te “Alko” nie było wcale przypadkiem, bo jak się Albańczyk dowiedział, że mam gorączkę, to wyciągnął z szafki rakiję domowej roboty i chciał częstować. Że niby lepiej mi będzie. W trójkę odmówiliśmy – podobno 60%.  Przed snem otrzymaliśmy jeszcze parę wskazówek co do Bieszczad.

 Następnego dnia wstaliśmy o szóstej rano, szybko spakowaliśmy swoje rzeczy i wyszliśmy ze schroniska. Czułem się nieco lepiej, ale dalej coś było nie tak. Po wyjściu z budynku ujrzeliśmy taki oto widok:

IMAG0100

 Starówka w Rzeszowie

Nie zapowiadało się ciekawie, dość mocno padał deszcz. Przeczekaliśmy chwilę, aż chmury się nieco uspokoiły i trzeba było iść – znowu przez całe miasto na wylotówkę w stronę Sanoka. Już w połowie drogi czułem, że ciepło znowu naciąga i jest źle. Ale przecież nic nie zrobię. Po godzinie znajdujemy się na tym samym przystanku co wczoraj i mierzę sobie temperaturę. Gorączka. To mi się prawie nigdy nie zdarza. Oskar zaczyna łapać, ja zdejmuję buty, skarpety, bluzę, bo jest mi tak gorąco. Stoimy tak około godziny, zrezygnowani, i nikt się nie zatrzymuje. Co gorsze – to jest dwupasmówka i ruch samochodów praktycznie nie ustaje. Wczoraj dzwoniłem do poznanych na tym przystanku autostopowiczów i wspominali, że tutaj coś jest nie tak, trzeba uzbroić się w cierpliwość. My po godzinie zdecydowaliśmy, że idziemy dalej, może będzie jeszcze jakiś przystanek. Ostatecznie wędrujemy na stację benzynową i przed nią łapiemy. Czekamy kolejną godzinę, co wydaje nam się niemożliwe, bo wcześniej nie czekaliśmy dłużej niż 30 minut. Czas dłuży się niemiłosiernie, ale w końcu ktoś się zatrzymał. Euforia nie do opisania. Kolega 3-4 lata starszy od nas, jedzie w stronę Sanoka ale nie bezpośrednio, zatrzymuje się na jakiejś wsi, bo tam mieszka. Bardzo luźno i przyjemnie się rozmawia, krajobrazy coraz to lepsze. Dojeżdżamy do wcześniej wspomnianej wsi i kierowca stwierdza, że to tu nas wysadzi. Stąd miało być blisko do Sanoka. Jednak po chwili namysłu mówi: “No dobra, podwiozę was już do tego Sanoka“. Wiara w ludzkość odzyskana po raz kolejny. Szczególnie, że tak blisko wcale nie było. Wysiadamy pod supermarketem, szybkie zakupy i już kierujemy się w stronę PKSu, zamiast wylotówki, bo im bliżej Bieszczad, tym dłużej trzeba czekać na złapanie stopa. Po 30 minutach dochodzimy na stację PKS, sprawdzamy godziny odjazdów autobusów i mamy jakieś 1.5h oczekiwania. Oskar stwierdza, że podróż zaczniemy od miejscowości Cisna. Decyduje jeszcze spytać mężczyznę siedzącego obok, gdzie to dokładnie jest. Zaczynają rozmawiać, a pogawędka kończy się wręczeniem nam mapy Bieszczad, bo przyjazny turysta ma już jedną. Wiara w ludzkość po raz trzeci.

Po oczekiwaniu wreszcie wsiadamy do autobusu. Podróż niesamowicie się dłuży, pomimo tylko 50 kilometrów oddzielających nas od Cisnej. Może to przez ten autobus, który pod górkę (których w tych rejonach niemało) jest w stanie jechać tylko 20 km/h. W środku dopada mnie kryzys psychiczny, sam nie wiem co robić – wracać, zostawać? Kontaktuję się z Oskarem SMSami, bo usiedliśmy oddzielnie, nie do końca z naszej własnej woli. Po 2 godzinach dojeżdżamy do naszego celu. Pytamy ludzi gdzie tu jest schronisko i od razu kierujemy się według wskazówek. Do pokonania mamy niemały pagórek. Z moim piecykiem w środku to wejście zakończyło się spoconą koszulką od góry do dołu. “A ja chcę chodzić po górach?” – pomyślałem. Zameldowaliśmy się, zapłaciliśmy za tzw. glebę na strychu, czyli spanie na karimacie i czas było podjąć decyzję – co dalej robimy…?

 

IMG_2608

Strych w schronisku Bacówka pod Honem

IMG_2610

Jest i artystyczna fotka..

 

 

 

 

Górski stop cz. 2

I dzień wyprawy27.04.13

 

Wstaliśmy o godzinie 6:00. Deszcz stukał w szybę już o 5:00, tak więc od tego momentu zamiast spać leżałem i rozmyślałem. Przez głowę przeszła mi myśl – “może będziemy musieli przesunąć wyprawę w czasie: albo o godziny, albo o dzień”. Chmury nie zachęcały do wyjścia ale po jakimś czasie zamiast pluszczącego deszczu można było usłyszeć tylko ćwierkanie ptaków za oknem. Po przebudzeniu umyliśmy się, ja dokonałem jeszcze ostatecznej rewizji zawartości mojego plecaka, nerwowo myśląc, czy wszystko mam. Zeszliśmy na dół na śniadanie z moją mamą i czas było ruszać w drogę – przecież wieczorem trzeba być na drugim końcu Polski. Ale przedtem – pamiątkowa fotka.

 IMG_2584

Z plecakami większymi od nas..

Po wyjściu z domu specyficzne, świeże i lekkie deszczowe powietrze uderza w nozdrza. Idziemy uśmiechnięci, nie zastanawiając się, co nas czeka. Dochodzimy na wylotówkę w stronę Ostródy. Tam planujemy się zatrzymać i iść łapać na popularną 7-kę. Po chwili jesteśmy na przystanku (najlepsze miejsce do łapania!) i porozumiewamy się w ważnych kwestiach. Czasem można mieć złe przeczucia co do kierowcy, a wtedy szybka i sprawna komunikacja z kompanem jest najważniejsza. Niekiedy trzeba też skłamać – mówienie kierowcom, że mamy 17 lat i jedziemy stopem w góry mogłoby być nieco ryzykowne. Tak więc – jesteśmy studentami i w mieście do którego akurat jedziemy czekają na nas znajomi. Taką historię przedstawialiśmy bardziej rozmownym kierowcom – niektórzy nie dociekają, więc dla nas to jeden problem z głowy.

Zaczynamy łapać stopa. Wyszedłem przed zatoczkę autobusową i łapię bez tabliczki, “na kciuka”, przekonany, że długo nam to nie zajmie – w końcu wszystkie samochody na krajowej 16-tce jadą do lub w stronę Ostródy. Tabliczka nie ma sensu. Nie teraz. Na szczęście nie mylę się i po 7 minutach widzę zmierzający w naszą stronę samochód. Nie przyjrzałem się dokładnie twarzy, ale zapamiętałem, że kieruje łysy mężczyzna. Podbiegłem szybko do samochodu – Oskar już rozmawiał z kierowcą. “Gdzie Pan jedzie?”“Do Ostródy”. Ale skądś kojarzę tę twarz – przyglądam się dokładniej i… “O, to Pan!” – z radością wykrzykuję. Przynajmniej pierwszy stop będzie luźny, na rozgrzewkę. Pracownik Iławskiego Centrum Kultury wyszedł z samochodu, otworzył bagażnik i pokazał nam gdzie upchnąć nasze plecaki. “Upchnąć” jest tu najbardziej adekwatnym słowem, bo bagażnik był w dużej części zapełniony, ale ostatecznie daliśmy radę. Już na tym etapie doświadczamy uprzejmości kierowców. Bo przecież nikt nie kazał mu się zatrzymywać – plecaki są dość duże, a w bagażniku dużo miejsca nie było. Ostatecznie wsiadamy i rozpoczynają się rozmowy. Pytamy o cel jazdy do Ostródy i dowiadujemy się, że tam znajduje się szkoła, w której nasz towarzysz uczy. Poruszane były różne tematy, jak na pracownika ICK przystało głównie związane z kulturą: od muzyki po języki. Wysiadamy pod wyżej wspomnianą szkołą, dziękujemy dobroczyńcy i kierujemy się w stronę 7-ki trochę po omacku.

A to nie było wcale takie proste. Jak mówią “koniec języka za przewodnika”, ale ja mam dość słabą pamięć do szczegółów. Przez to musieliśmy co chwila pytać innego mieszkańca o drogę. Najpierw weszliśmy do sklepu, z którego ciężko było mi wyjść, bo moja karimata była za szeroka (ekspedientka dobrze się bawiła). Później wskazówek zapomniałem, więc trzeba było zdać się na ludzi. A oni często nie ułatwiali, bo mówili wykluczające się rzeczy. Inni zaś nie wiedzieli, jak dojść na drogę ekspresową. Poza tym większość jeszcze spała, bo było około godziny 7 – miasto świeciło pustkami. Ostatecznie, po 30 minutach jesteśmy u celu. “Jeśli my mamy takie problemy z wyjściem z Ostródy…” – pomyślałem. Razem z Oskarem zarzekliśmy się, że nie wjeżdżamy do żadnego dużego miasta. Nigdy. Chyba, że taka będzie konieczność. Lepiej stanąć gdzieś na obrzeżach i złapać coś omijającego te zmory autostopowiczów. Po przybyciu pierwsze rozczarowanie – to droga ekspresowa, więc słabo z odpowiednim miejscem na stopowanie… Ale w pobliżu są dwie stacje benzynowe, więc nie martwimy się i wiemy, że damy radę. Zauważam strasznie długi pas skrętu na jedną ze stacji, więc to tutaj staniemy z wyciągniętym kciukiem. Tworzymy naszą pierwszą tabliczkę z napisem “Wa-Wa, Bieszczady” i czas już zacząć prawdziwe stopowanie, bez podwózek od znajomych osób. Pierwszy kciuk wyciągnął Oskar, ja stanąłem daleko za nim pilnując naszych plecaków opartych o znak drogowy.

Po 15-20 minutach zatrzymuje się samochód dostawczy na rosyjskich blachach. “No nieźle… Wsiadać, czy nie?” – pomyślałem. Nie żyję stereotypami, ale Rosja zawsze kojarzy mi się z jakimś niebezpieczeństwem. Po prostu dziwny kraj. Decydujemy się porozmawiać chwilę z kierowcą, zapytać gdzie jedzie i zdać się na intuicję, która w stopowaniu jest najważniejsza. Rosjanin zdaje się być miłym gościem, złych przeczuć nie mamy, więc postanawiamy jechać. Oskar poszedł włożyć plecaki do bagażnika, a ja siadam już do przodu, gdzie są 3 miejsca. Pierwsza kwestia, o której informuje nas kierowca – “musimy jechać na stację benzynową, muszę do łazienki”. Pytamy klasycznie: “Często bierze pan ze sobą autostopowiczów?” i “Czemu nas Pan wziął?”. Pierwsza odpowiedź – “To zależy”, a druga – “Bo chłodno”. Kierowca wbrew pozorom jest dość rozmowny, dowiadujemy się, że jedzie pod Warszawę do firmy InterCars bo tam pracuje, poznajemy jego zawód. Ale coś w pewnym momencie mi nie pasuje. Zaczyna się on drapać i uciskać “w okolicach”. Spojrzałem na Oskara, on na mnie i nie za bardzo wiedzieliśmy co robić. “Zdecydujemy na stacji” – pomyślałem. Od tego momentu chciałem jak najszybciej na nią trafić, ale jak na złość nie było jej nigdzie w pobliżu. Dojeżdżamy tam po około 20 minutach, nasz rosyjski kolega idzie jeszcze na kawę (którą nam też proponuje) a ja zaczynam rozmawiać z Oskarem. On uświadomił mi, że kierowca mocno podkreślał – “musimy szybko jechać na stację paliw”. I na szczęście nie mylił się, bo Rosjanin wrócił z łazienki i wszystko było już w porządku.

Coraz bardziej rozkręcaliśmy się jeśli chodzi o rozmowy – mówiliśmy nawet o Smoleńsku, Katyniu, relacjach polsko-rosyjskich. A to wszystko z inicjatywy Rosjanina. Słuchaliśmy też rosyjskiego punk rocka, co bardziej spodobało się Oskarowi, który jest fanem tego gatunku. A co, jeśli chodzi o język? Nie było prosto. Mówiliśmy polsko-rosyjskim, ale wszyscy doskonale się rozumieliśmy. Dojeżdżając już pod Łomianki – gdzie mieliśmy wysiąść – nie za bardzo wiedziałem po jakiemu mówię. Oby dwa języki mi się pomieszały i jedyne co pozostało to wielki chaos w głowie i lekka migrena. Poza tym – zaczęło przygrzewać słońce i robiło się naprawdę ciepło, mimo tego, że jak wyjeżdżaliśmy było około 10 stopni. Zobaczyliśmy wielką halę Intercars i kierowca wysadził nas na przystanku autobusowym naprzeciwko. Pomógł nam wszystko wyciągnąć, miło się z nami pożegnał i trzeba było już ogarniać następną tabliczkę. Wyciągnęliśmy mapę, przeanalizowaliśmy trasę, zrobiliśmy parę pierwszej klasy zdjęć..

IMG_2587

Takich jak to.

I usłyszeliśmy za sobą klakson. To znów Rosjanin, który pokazuje, że zostawiłem u niego wodę. Podbiegłem szybko, wziąłem co moje, uprzejmie podziękowałem i pożegnałem się, już teraz ostatecznie. Do dziś bardzo miło wspominam tego stopa pod Warszawę. Nie pozostało nam nic innego jak zrobić kolejną tabliczkę i czekać…

IMG_2591

Po 25 minutach z radością dostrzegamy zjeżdżający na zatoczkę samochód. Czyżby znowu obcokrajowcy?…

Górski stop cz. 1

Nasza przygoda zaczęła się 27 kwietnia 2014 roku, chociaż nie uważam, że to, co napisałem jest w pełni zgodne z prawdą. Dla mnie zaczęła się ona 2-3 miesiące wcześniej, kiedy większość swojego wolnego czasu spędzałem przed ekranem monitora czytając relacje z wypraw znanych i mniej znanych podróżników. Jedna cecha ich wyjazdów była wspólna- podróżowali za małe pieniądze. Moje przekonanie o tym, że podróże muszą być drogie legło w gruzach. To zaś sprawiło, że zacząłem intensywnie myśleć kiedy i jak wyrwać się z mojego rodzinnego miasta i doświadczyć czegoś nowego.

Nie wiedziałem za bardzo gdzie i z kim pojechać ale to w tym momencie się dla mnie nie liczyło. Za to „jak” było oczywiste. Autostopem. Najbardziej dręczącym zdaniem pojawiającym się w mojej głowie było: „no dobra ale ty masz 17 lat, już to widzę, jak rodzice z radością puszczają cię autostopem przez całą Polskę”. Chyba 3 dni zwlekałem z przedstawieniem mojego pomysłu rodzicom (tak to jest, jak komuś na czymś zależy) ale w końcu zebrałem się i zrobiłem swoje. Ku mojemu zdziwieniu niepewnie zgodzili się (chyba dlatego, że myśleli, że to tylko moja młodzieńcza zajawka na tydzień, po której wszystko wróci do normy). Odważni. Wtedy zacząłem myśleć o organizacji całego wyjazdu.

Od tego momentu najważniejsze stało się dla mnie ‘z kim’ – nie chciałem rzucać się na głęboką wodę samemu, bez wsparcia. Pytałem wśród znajomych – albo uznawali pomysł za głupi (najczęściej określając pomysłodawcę bliskoznacznym epitetem :)), albo słyszałem klasyczne „chcę ale nie mogę” – głównie chodziło o rodziców. Byłem zarejestrowany na popularnym polskim forum autostopowiczów (obecnie http://www.autostopowicze.org), gdzie znajduje się dział „Szukam kompana”. Tam umieściłem krótki zarys „wycieczki” i czekałem na odzew.

Dostałem wiadomość od niejakiego Oskara, chłopaka w moim wieku . „Dawaj w góry” – nawet mocno się nie zastanawiałem i uznałem, że to dobry kierunek. Bardzo długo mnie tam nie było, a poza tym z noclegiem nie jest tak ciężko jak w większych miastach. Oczywiście przed samym ustaleniem, że jedziemy razem trzeba było zrobić rozeznanie. To jest Internet i ludzie mają różne cele. Byliśmy w stałym kontakcie przez prawie miesiąc, włączając w to rozmowy na Skypie, dyskusje o detalach wyjazdu i gadki o niczym. Jak się okazało – mamy wspólne zainteresowania, bardzo swobodnie nam się rozmawia i mimo tylko internetowego kontaktu – wiedziałem, że kompan będzie bardzo OK, a poza tym nie jest pedofilem i mordercą 🙂

Sprawy zaczęły nabierać poważnego obrotu i mama zorientowała się, że ja tak serio, że za tydzień wyjeżdżam stopem w góry z gościem poznanym w Internecie. Jak to czytam, to brzmi to tragicznie, a gdy myślę jeszcze o matczynych instynktach i trosce o swoje dzieci… Podziwiam ją do dzisiaj. Zaczęły się zakupy, planowanie trasy i inne poprzedzające każdy wyjazd czynności. Majówka tego roku była długa, bo my wolne zrobiliśmy sobie od 27 kwietnia do 9 maja – unikając tylko 3 dni szkolnych. Ustaliliśmy, że Oskar przyjedzie pociągiem z Ełku do Iławy, przenocuje u mnie i następnego ranka wyruszymy w stronę wylotówki. Tak też się stało i 26 kwietnia od południa mogłem odczuwać już lekki strach („a jak coś będzie z nim nie tak?”) połączony z ekscytacją („ale fajnie, to już jutro!”) przed odebraniem kolegi z dworca. Na szczęście żaden z lęków się nie sprawdził. Przyjechaliśmy do domu, Oskar pomógł mi się jeszcze dopakować (mimo, że to też jego pierwszy wyjazd autostopowy) i szybko poszliśmy spać, żeby jutro wstać wcześnie i w pełni sił. Oby tylko nic nie pokrzyżowało nam planów…

IMAG0097

Ach te pierwsze wyjazdy… Do dziś zastanawiam się jak i po co spakowałem to wszystko.