RoweRoma – złe miłego początki…

Od tego posta zaczynamy relację z RoweRomy, czyli wyprawy rowerowej do Rzymu, o której pisałem w poprzednim poście.

Dla mnie ta wyprawa zaczęła się 26 czerwca. Już wtedy zacząłem odczuwać to znane mi już przedwyprawowe uczucie – ekscytację pomieszaną z lękiem. Czy i jak sobie poradzę? Trzeba było też się spakować, więc tradycyjnie wyrzuciłem wszystko na dywan i powstała ta oto fotka.

IMAG0352Gdyby nie to krzesło…

To właśnie w nocy z 26 na 27 czerwca kolejny już raz katowałem się myślami dotyczącymi mojego bagażuczy wszystko już mam? Wszystko wziąłem? Nic nie zostało? A czasu następnego dnia nie było – zakończenie roku szkolnego o 10 rano, szybki prysznic, dopakowanie i już trzeba było pędzić na pociąg do Poznania.

IMG_2350

Wszystko?!… fot. Olga Kroplewska

Dzień przedtem przytrafiła mi się jeszcze jedna ciekawa historia. Byłem w supermarkecie po zakupy na drogę i moją uwagę przyciągnął mały przewodnik po Włoszech. Spojrzę w sumie – pomyślałem. Otwieram go i co widzę? Loreto – jedno z miast, które planowaliśmy zwiedzić i – jak się później dowiecie – zwiedziliśmy.

IMAG0354Przypadek…?

Około godziny 3 w nocy 27-ego, po godzinie walki z odpowiednim ułożeniem namiotu, karimaty i śpiwora na bagażniku z radością stwierdzam, że wszystko jest już tak, jak ma być. Ignoruję swoje myśli – dzisiejszej nocy już nic mądrego mi nie podpowiedzą.

IMAG0362

Zmieniam ksywkę roweru na TIR i nie jest to bezpodstawne…

Co prawda wygląda on jak ciężarówka tylko z powodu mojego niedoświadczenia – po paru dniach wiedziałem już jak zrobić, żeby nie wyglądał jak rower na Syberię. Stwierdziłem, że przed jutrzejszym odjazdem warto byłoby się na nim przejechać, wyczuć go – nie był to wcale zły pomysł. Rower z takim obciążeniem – po pierwsze jest o wiele bardziej wywrotny, po drugie – ciężej go rozpędzić, po trzecie – ciężej go zatrzymać, szczególnie z górki. Pierwsza jazda jest bardzo dziwna – czuję się bardzo niestabilnie. Już tej nocy wiedziałem, że na następną wyprawę kupię porządną stopkę. Utrzymać rower z sakwami na standardowej od Krossa graniczy z cudem, a i unieść go też za bardzo nie ma jak. W związku z tym obrywa się sakwom, na których przez całą wyprawę utrzymywałem swój pojazd. Po krótkiej przejażdżce poszedłem wreszcie spać.

Tytuł tego posta nie wynika z mojej pomyłki, czy też niewiedzy. Przecież mówi się – miłe złego początki.. – pomyśleliście. Owszem, mówi się, ale będziemy mieli do czynienia z kompletnie odwrotną sytuacją. Że wyprawa będzie “miła” – tego się spodziewałem, ale że tak się zacznie – w najśmielszych snach bym tego nie oczekiwał. Powróćmy do biegu wydarzeń. Dopakowałem kosmetyczkę, zamknąłem dom i ruszyłem na rowerze w kierunku dworca. Wpadłem w refleksyjny nastrój – w końcu trochę mnie tu nie będzie, a poza tym coraz bardziej uświadamiałem sobie, że to wszystko właśnie się zaczęło. Wszystkie rozmyślania, przygotowania, zakupy rowerowe prowadziły właśnie do tego momentu. Z takimi myślami po 10 minutach byłem na iławskim dworcu.

Od razu zauważyłem pięcioro innych kompanów z Iławy, z którymi spędzę kolejne 3 tygodnie. Chwila rozmów, krótka wymiana zdań i… ktoś wskazuje na moje tylne koło. Spoglądam tam i widzę… dętkę do wymiany. Już?! Halo, jak to możliwe? Że dętka? Że Schwalbe Marathon i dętka na starcie?! Wziąłem tylko 2 zapasowe i jeszcze nie wyjechaliśmy, a mam już jedną?gotowało się we mnie. Jednak po paru minutach stwierdziłem, że nie ma sensu się denerwować, pociąg do Poznania jedzie 4 godziny, na spokojnie wymienimy. I dobrze, że wtedy odpuściłem nerwy, bo później było jeszcze ciekawiej.

Jako, że nasze rowery ważyły grubo ponad 25 kg(?) stwierdziliśmy, że nie będziemy ich znosić, tylko skorzystamy z windy na dworcu. Zjechał pierwszy rower, drugi, czwarty, no i moja kolej. Podnośnik – który do największych nie należał – obsługiwał grubszy pan (chyba ochroniarz), więc wejście z rowerem, sakwami i samym rowerzystą graniczyło z cudem. Ale jakoś weszliśmy – Pan wciska poziom -1, wszystko pięknie, winda zjeżdża. Po chwili ochroniarz dręczony niezręczną ciszą wypala: Ta winda się często zacina – i jak za dotknięciem magicznej różdżki winda staje i ruszyć się dalej nie chce. Sytuacja jak z filmu. Ochroniarz zaczyna wyrzucać z siebie niecenzuralne słowa, psioczyć na PKP, co nie zmienia faktu, że podnośnik nie reaguje na jakiekolwiek komendy. A już widzimy podziemie, tylko drzwi nie da się otworzyć. Grubszy pan zaczyna się denerwować – że duszno, że pić się chce, i że w ogóle jest źle.   5 minut do odjazdu pociągu. Wszyscy już się zapakowali i czekają na mnie. Decyduję się zadzwonić do kompanów i powiedzieć, aby porozmawiali z konduktorem o tej sytuacji. Przecież to nie moja wina, że na dworcu są takie podnośniki, a nie inne. Co najbardziej mnie zdziwiło – przyjąłem tę sytuację na chłodno. Jakoś mnie to nie ruszyło – jakbym gdzieś w głębi przeczuwał, że tak jakoś miało być, i już. Konduktor godzi się chwilę poczekać, w tym czasie mój kompan z windy próbuje dodzwonić się do serwisu technicznego – bezskutecznie. Wszyscy odsyłają go do innych osób. Po 10 minutach walki wreszcie otrzymał telefon do odpowiedniej osoby i serwis jest w drodze. Pociąg jest już opóźniony 10 minut i z tego co się orientuję – konduktor nie ma zamiaru dłużej czekać… Nagle winda nie wiedzieć czemu ożywa. Wybiegam z niej szybko, na schodach widzę już konduktora, który mnie pogania i nie pamiętam już nawet kto pomaga mi wnieść rower. Przy wejściu do pociągu widzę już kompanów, którzy – niczym na pit-stopie w F1 – czekają tylko aż mój rower do nich dojedzie, żeby go szybko rozpakować i wrzucić do przedziału. Wszystko dzieje się tak szybko, jak wymaga tego sytuacja i już jesteśmy w przedziale dla rowerów. Do niego wsiada też konduktor, ale… Co jest?! Nie ma mojego telefonu w kieszeni. Przez głowę przeszła mi myśl: może w tym pośpiechu schowałem go do sakwy..? A sekundę po niej następna: Niee, to niemożliwe. Zaczynam panikować, pociąg jeszcze nie odjeżdża ale konduktor chyba sprawdza już, czy wszyscy wsiedli. Nie pamiętam już dokładnie tego momentu, ale szybko powiedziałem wszystkim, że nie ma mojego telefonu i nie wysiadając z pociągu zaczęliśmy krzyczeć na peron: TELEFON!!! Konduktor chyba miał nas już dość, gwizdnął na odjazd i akurat w tym momencie na horyzoncie ujrzeliśmy młodego człowieka (który pojawił się kompletnie znikąd) biegnącego z czymś w ręce za naszym pociągiem (na szczęście nasz wagon był ostatni). Znów krzyczymy: STOOOOOP!!! Chłopak biegnie ile sił w nogach, ale jeśli pociąg nie zwolni – raczej nie zdąży nas dogonić. Na szczęście pociąg zwalnia i ktoś z naszej grupy otrzymuje do ręki mój telefon. A już tak mało brakowało – to była kwestia paru sekund. Nie wiem kim był ten człowiek, ale mam u niego dług na całe życie. Zacząć wyprawę utratą telefonu – to na pewno odbiłoby się na jakości moich wspomnień.

Po wymianie dętki usiadłem i za bardzo nie mogłem uwierzyć w to co się stało. Splot tylu pechowych zdarzeń jeszcze przed samym wyjazdem… Już nic złego chyba mnie nie spotka 🙂 – pomyślałem. To cud, że wszystko ostatecznie zakończyło się dobrze – mam telefon, dętkę wymieniliśmy i nie musiałem czekać na następny pociąg. Jak to wszystko się stało w przeciągu godziny? Nie wiem. Gdzie zgubiłem telefon i czemu – najzwyczajniej w świecie – nikt go sobie nie przywłaszczył? Nie mam pojęcia. Nadal myślę. Ale na tym etapie wyprawy mój mózg parował wręcz od nadmiaru bodźców i wrażeń.

Na koniec pierwsza zajawka z wyprawy – polecam oglądać w HD!

https://www.youtube.com/watch?v=-OUN9pwwdHI&hd=1

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s