Górski stop cz. 3

Trudno było nam wywnioskować tylko z wyglądu, ale to znowu obcokrajowcy. A w zasadzie jedna z osób – pasażer. Zaczynamy rozmawiać i dowiadujemy się, że ludzie z lekko starego już samochodu jadą w kierunku naszego celu, a co najważniejsze – za Warszawę. Nie mamy żadnych podejrzeń, nic w środku nie wydaje się dziwne, więc wsiadamy.

Jak zawsze na początku – zadajemy parę pytań, żeby rozluźnić atmosferę i jednocześnie nawiązać kontakt z podróżującymi. Idzie nam to dość topornie, ale to nie do końca z naszej winy. Para mężczyzn, która wzięła nas na stopa wydawała się niezainteresowana jakimikolwiek rozmowami. Dowiedzieliśmy się jedynie, że pasy nie działają, a kierowca jest z Nidzicy. Jedzie on obecnie ze swoim wspólnikiem (który nie rozumie polskiego i jest nieznanego pochodzenia) na Ukrainę, gdzie ma zamiar sprzedać samochód, w którym obecnie jedziemy. “Aha, pasy nie działają” – usłyszeliśmy. Zaczyna się ciekawie. Tak jedziemy w błogiej ciszy, wymieniając ze sobą kilka słów na jakiś czas i wjeżdżamy do Warszawy. Panowie mają GPSa, więc sprawa wydaje się całkiem łatwa – po prostu jechać tam, gdzie nam każe Hołowczyc. Rzeczywistość nieco różni się od tego przeczucia i wcale nie jest tak prosto – wyjeżdżamy nie od tej strony Warszawy, co trzeba. Musimy się zatem cofnąć – to oznacza, że tracimy trochę czasu. Z całej tej frustracji kierowca po godzinnym milczeniu wykrzyknął: “Jebać Legię, nie?“. Spojrzałem na Oskara i odpowiedzieliśmy niepewnie: “no… tak“. Po wyjeździe ze stolicy podróż przebiegała już bez komplikacji. Aż do pewnego momentu. Nagle, na prostej drodze samochód skręcił w las. Poziom adrenaliny wzrósł diametralnie. Szybko zapytałem: “dlaczego tu jedziemy?“. Panowie roześmiali się – albo zrobili to specjalnie, albo nie zorientowali się z jak dużym stresem dla autostopowicza taka sytuacja się wiąże. “Tylko się wysikać” – uff, co za ulga. Rzeczywiście tak się stało. Kierowca był też głodny, więc maska samochodu posłużyła jako stół. Razem z Oskarem uzgodniliśmy, że już nam starczy emocji i pójdziemy łapać następnego stopa. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego.

Przyszło nam czekać około 30 minut. Na zatoczkę wjechał samochód i od samego początku napotykamy problemy. Samochód był stary – drzwi były jeszcze na specjalne zaciski, które trzeba odciągnąć do góry od wnętrza, żeby otworzyć. Pech chciał, że złapałem za klamkę w momencie, w którym kierowca pociągał za zacisk i drzwi się zablokowały. Przez kolejne 20 sekund cały czas chwytałem za klamkę, jednocześnie kierowca coś mi pokazywał, ale nie było to dla mnie jasne. Po 15 sekundach tak mocno się zdenerwował, że miałem wątpliwości co do słuszności decyzji o wsiadaniu. Ostatecznie jakoś otworzyłem swoje drzwi, usłyszałem parę komentarzy na temat swojego nieogarnięcia i już byliśmy w drodze do Rzeszowa. Jak się okazało – moje wątpliwości zostały szybko rozwiane, bo kierowca po ostudzeniu emocji był naprawdę w porządku. Mówił, że wziął nas dlatego, że kiedyś sam tak podróżował, jak nie miał pociągu lub autobusu. A to do dziewczyny, albo w innych sprawach. Od tego momentu krajobraz zaczyna mnie urzekać – robi się mocno górzyście, a to tygryski lubią najbardziej. Teraz jest już łatwiej z kontaktem, bo prawie cały czas rozmawiamy. Opowiadamy mu całą swoją historię, w zamian otrzymujemy wskazówki dotyczące Bieszczad – schronisk, szlaków, szczególnych miejsc. Po pewnym czasie zaczyna mi się robić bardzo gorąco, pomimo tego, że temperatura na zewnątrz nie przekracza 20 stopni. Zaniepokojony pytam współtowarzyszy, czy mają podobne odczucia. “Nie, no co ty“- odpowiadają. To dziwne. Kierowca mówi, że planuje zatrzymać się przy jakiejś restauracji coś zjeść. Po około 20 minutach znajdujemy odpowiednią. Ja korzystam z okazji i na postoju zwilżam papierowe ręczniki zimną wodą i robię sobie okłady na czoło i szyję. Przy okazji urzeka mnie muzyka lecąca w łazience restauracji. Najlepsza jaką słyszałem do tej pory w łazienkach.

IMG_2598

Karczma Jorgula… najlepsza muzyka w łazience ever.

Wsiadamy ponownie do samochodu i pozostało nam już niewiele, aby znaleźć się 500 km od domu. Mój stan się lekko pogarsza. Do Rzeszowa dojeżdżamy na godzinę 20 – o tej porze roku zaczyna już zmierzchać. Zostajemy wyrzuceni na przystanku autobusowym na wylotówce w stronę Sanoka. Możemy dalej łapać, ale ze mną jest źle – wszyscy chodzą w kurtkach, a ja stoję na koszulce i jest mi gorąco. Na przystanku spotykamy jeszcze parę autostopowiczów, wymieniamy się numerami telefonów. Ja zaczynam panikować – nigdy wcześniej nie odczuwałem takiego ciepła. Czułem, jakby ktoś wewnątrz mnie włączył jakiś piecyk. Robi się ciemno, dalej w tym stanie stopować nie możemy, a perspektyw na nocleg też brak. Zastanawiam się nawet, czy w schronisku nas przyjmą – przecież nie mamy 18 lat. O hotelu to już mowy nie ma, ale mimo to próbujemy – bez skutku. Zaczepiamy młodych ludzi – na oko studentów – i pytamy o najbliższe schronisko. Mówią, że to całkiem daleko, a do tego trudno wytłumaczyć drogę, bo jest dość skomplikowana. W końcu oferują, że nas tam zaprowadzą, bo i tak idą w tę samą stronę. Opowiadamy im o wszystkich dzisiejszych wydarzeniach, a ja pocę się niemiłosiernie będąc w samej koszulce w temperaturze 10 stopni. W pobliżu schroniska zahaczamy jeszcze o aptekę, żeby kupić termometr. W końcu, po chyba godzinnym spacerze przez cały Rzeszów docieramy do celu i zastaje nas taki oto widok:

IMG_2603

Przypadek?…

Powróciła wiara w gatunek ludzki, bo jak się okazało studenci dość dużo nadrobili, żeby nas odprowadzić. Dziękujemy im i około 22 wchodzimy do schroniska. Dowiadujemy się, że wystarczy legitymacja, parę złotówek i już można leżeć na piętrowym łóżku w dziesięcioosobowym pokoju. A to jest dopiero frajda! Niestety (a może i stety) oprócz naszej dwójki śpi tam jeszcze dwóch mężczyzn. Wchodzimy, przedstawiamy się, ogarniamy swoje rzeczy. Po użyciu termometru decyduję się wziąć tabletkę przeciwgorączkową. I zaczyna się. Rozpoczęliśmy rozmowy z naszymi dwoma kolegami z pokoju. Jeden jest Albańczykiem, który przyjechał tu do swojej dziewczyny (Polki oczywiście), drugi to rodowity Polak, który weekendami uczy się w jakiejś szkole, a tutaj nocuje. Oboje około 30-40 lat. Kolega z okolic Grecji powala mnie płynnością używania języka polskiego. Tak więc pytam – w czym tkwi sekret? “Słuchaj, ona powiedziała mi tak – albo mówisz do mnie po polsku, albo wcale” – odparł. Wnioski co do metodologii nauki języków obcych wyciągnijcie sami 🙂 Obydwaj bardzo pocieszni, weseli i optymistyczni. Albańczyk mówił bardzo śmiesznie – powoli, rozważnie, jakby w zwolnionym tempie, ale podczas chyba dwugodzinnej rozmowy wyłapałem tylko 2 błędy w odmianie. Do dziś u mnie na dysku krąży nagranie jakiejś historii, którą opowiadał. I te “Alko” nie było wcale przypadkiem, bo jak się Albańczyk dowiedział, że mam gorączkę, to wyciągnął z szafki rakiję domowej roboty i chciał częstować. Że niby lepiej mi będzie. W trójkę odmówiliśmy – podobno 60%.  Przed snem otrzymaliśmy jeszcze parę wskazówek co do Bieszczad.

 Następnego dnia wstaliśmy o szóstej rano, szybko spakowaliśmy swoje rzeczy i wyszliśmy ze schroniska. Czułem się nieco lepiej, ale dalej coś było nie tak. Po wyjściu z budynku ujrzeliśmy taki oto widok:

IMAG0100

 Starówka w Rzeszowie

Nie zapowiadało się ciekawie, dość mocno padał deszcz. Przeczekaliśmy chwilę, aż chmury się nieco uspokoiły i trzeba było iść – znowu przez całe miasto na wylotówkę w stronę Sanoka. Już w połowie drogi czułem, że ciepło znowu naciąga i jest źle. Ale przecież nic nie zrobię. Po godzinie znajdujemy się na tym samym przystanku co wczoraj i mierzę sobie temperaturę. Gorączka. To mi się prawie nigdy nie zdarza. Oskar zaczyna łapać, ja zdejmuję buty, skarpety, bluzę, bo jest mi tak gorąco. Stoimy tak około godziny, zrezygnowani, i nikt się nie zatrzymuje. Co gorsze – to jest dwupasmówka i ruch samochodów praktycznie nie ustaje. Wczoraj dzwoniłem do poznanych na tym przystanku autostopowiczów i wspominali, że tutaj coś jest nie tak, trzeba uzbroić się w cierpliwość. My po godzinie zdecydowaliśmy, że idziemy dalej, może będzie jeszcze jakiś przystanek. Ostatecznie wędrujemy na stację benzynową i przed nią łapiemy. Czekamy kolejną godzinę, co wydaje nam się niemożliwe, bo wcześniej nie czekaliśmy dłużej niż 30 minut. Czas dłuży się niemiłosiernie, ale w końcu ktoś się zatrzymał. Euforia nie do opisania. Kolega 3-4 lata starszy od nas, jedzie w stronę Sanoka ale nie bezpośrednio, zatrzymuje się na jakiejś wsi, bo tam mieszka. Bardzo luźno i przyjemnie się rozmawia, krajobrazy coraz to lepsze. Dojeżdżamy do wcześniej wspomnianej wsi i kierowca stwierdza, że to tu nas wysadzi. Stąd miało być blisko do Sanoka. Jednak po chwili namysłu mówi: “No dobra, podwiozę was już do tego Sanoka“. Wiara w ludzkość odzyskana po raz kolejny. Szczególnie, że tak blisko wcale nie było. Wysiadamy pod supermarketem, szybkie zakupy i już kierujemy się w stronę PKSu, zamiast wylotówki, bo im bliżej Bieszczad, tym dłużej trzeba czekać na złapanie stopa. Po 30 minutach dochodzimy na stację PKS, sprawdzamy godziny odjazdów autobusów i mamy jakieś 1.5h oczekiwania. Oskar stwierdza, że podróż zaczniemy od miejscowości Cisna. Decyduje jeszcze spytać mężczyznę siedzącego obok, gdzie to dokładnie jest. Zaczynają rozmawiać, a pogawędka kończy się wręczeniem nam mapy Bieszczad, bo przyjazny turysta ma już jedną. Wiara w ludzkość po raz trzeci.

Po oczekiwaniu wreszcie wsiadamy do autobusu. Podróż niesamowicie się dłuży, pomimo tylko 50 kilometrów oddzielających nas od Cisnej. Może to przez ten autobus, który pod górkę (których w tych rejonach niemało) jest w stanie jechać tylko 20 km/h. W środku dopada mnie kryzys psychiczny, sam nie wiem co robić – wracać, zostawać? Kontaktuję się z Oskarem SMSami, bo usiedliśmy oddzielnie, nie do końca z naszej własnej woli. Po 2 godzinach dojeżdżamy do naszego celu. Pytamy ludzi gdzie tu jest schronisko i od razu kierujemy się według wskazówek. Do pokonania mamy niemały pagórek. Z moim piecykiem w środku to wejście zakończyło się spoconą koszulką od góry do dołu. “A ja chcę chodzić po górach?” – pomyślałem. Zameldowaliśmy się, zapłaciliśmy za tzw. glebę na strychu, czyli spanie na karimacie i czas było podjąć decyzję – co dalej robimy…?

 

IMG_2608

Strych w schronisku Bacówka pod Honem

IMG_2610

Jest i artystyczna fotka..

 

 

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s