Górski stop cz. 2

I dzień wyprawy27.04.13

 

Wstaliśmy o godzinie 6:00. Deszcz stukał w szybę już o 5:00, tak więc od tego momentu zamiast spać leżałem i rozmyślałem. Przez głowę przeszła mi myśl – “może będziemy musieli przesunąć wyprawę w czasie: albo o godziny, albo o dzień”. Chmury nie zachęcały do wyjścia ale po jakimś czasie zamiast pluszczącego deszczu można było usłyszeć tylko ćwierkanie ptaków za oknem. Po przebudzeniu umyliśmy się, ja dokonałem jeszcze ostatecznej rewizji zawartości mojego plecaka, nerwowo myśląc, czy wszystko mam. Zeszliśmy na dół na śniadanie z moją mamą i czas było ruszać w drogę – przecież wieczorem trzeba być na drugim końcu Polski. Ale przedtem – pamiątkowa fotka.

 IMG_2584

Z plecakami większymi od nas..

Po wyjściu z domu specyficzne, świeże i lekkie deszczowe powietrze uderza w nozdrza. Idziemy uśmiechnięci, nie zastanawiając się, co nas czeka. Dochodzimy na wylotówkę w stronę Ostródy. Tam planujemy się zatrzymać i iść łapać na popularną 7-kę. Po chwili jesteśmy na przystanku (najlepsze miejsce do łapania!) i porozumiewamy się w ważnych kwestiach. Czasem można mieć złe przeczucia co do kierowcy, a wtedy szybka i sprawna komunikacja z kompanem jest najważniejsza. Niekiedy trzeba też skłamać – mówienie kierowcom, że mamy 17 lat i jedziemy stopem w góry mogłoby być nieco ryzykowne. Tak więc – jesteśmy studentami i w mieście do którego akurat jedziemy czekają na nas znajomi. Taką historię przedstawialiśmy bardziej rozmownym kierowcom – niektórzy nie dociekają, więc dla nas to jeden problem z głowy.

Zaczynamy łapać stopa. Wyszedłem przed zatoczkę autobusową i łapię bez tabliczki, “na kciuka”, przekonany, że długo nam to nie zajmie – w końcu wszystkie samochody na krajowej 16-tce jadą do lub w stronę Ostródy. Tabliczka nie ma sensu. Nie teraz. Na szczęście nie mylę się i po 7 minutach widzę zmierzający w naszą stronę samochód. Nie przyjrzałem się dokładnie twarzy, ale zapamiętałem, że kieruje łysy mężczyzna. Podbiegłem szybko do samochodu – Oskar już rozmawiał z kierowcą. “Gdzie Pan jedzie?”“Do Ostródy”. Ale skądś kojarzę tę twarz – przyglądam się dokładniej i… “O, to Pan!” – z radością wykrzykuję. Przynajmniej pierwszy stop będzie luźny, na rozgrzewkę. Pracownik Iławskiego Centrum Kultury wyszedł z samochodu, otworzył bagażnik i pokazał nam gdzie upchnąć nasze plecaki. “Upchnąć” jest tu najbardziej adekwatnym słowem, bo bagażnik był w dużej części zapełniony, ale ostatecznie daliśmy radę. Już na tym etapie doświadczamy uprzejmości kierowców. Bo przecież nikt nie kazał mu się zatrzymywać – plecaki są dość duże, a w bagażniku dużo miejsca nie było. Ostatecznie wsiadamy i rozpoczynają się rozmowy. Pytamy o cel jazdy do Ostródy i dowiadujemy się, że tam znajduje się szkoła, w której nasz towarzysz uczy. Poruszane były różne tematy, jak na pracownika ICK przystało głównie związane z kulturą: od muzyki po języki. Wysiadamy pod wyżej wspomnianą szkołą, dziękujemy dobroczyńcy i kierujemy się w stronę 7-ki trochę po omacku.

A to nie było wcale takie proste. Jak mówią “koniec języka za przewodnika”, ale ja mam dość słabą pamięć do szczegółów. Przez to musieliśmy co chwila pytać innego mieszkańca o drogę. Najpierw weszliśmy do sklepu, z którego ciężko było mi wyjść, bo moja karimata była za szeroka (ekspedientka dobrze się bawiła). Później wskazówek zapomniałem, więc trzeba było zdać się na ludzi. A oni często nie ułatwiali, bo mówili wykluczające się rzeczy. Inni zaś nie wiedzieli, jak dojść na drogę ekspresową. Poza tym większość jeszcze spała, bo było około godziny 7 – miasto świeciło pustkami. Ostatecznie, po 30 minutach jesteśmy u celu. “Jeśli my mamy takie problemy z wyjściem z Ostródy…” – pomyślałem. Razem z Oskarem zarzekliśmy się, że nie wjeżdżamy do żadnego dużego miasta. Nigdy. Chyba, że taka będzie konieczność. Lepiej stanąć gdzieś na obrzeżach i złapać coś omijającego te zmory autostopowiczów. Po przybyciu pierwsze rozczarowanie – to droga ekspresowa, więc słabo z odpowiednim miejscem na stopowanie… Ale w pobliżu są dwie stacje benzynowe, więc nie martwimy się i wiemy, że damy radę. Zauważam strasznie długi pas skrętu na jedną ze stacji, więc to tutaj staniemy z wyciągniętym kciukiem. Tworzymy naszą pierwszą tabliczkę z napisem “Wa-Wa, Bieszczady” i czas już zacząć prawdziwe stopowanie, bez podwózek od znajomych osób. Pierwszy kciuk wyciągnął Oskar, ja stanąłem daleko za nim pilnując naszych plecaków opartych o znak drogowy.

Po 15-20 minutach zatrzymuje się samochód dostawczy na rosyjskich blachach. “No nieźle… Wsiadać, czy nie?” – pomyślałem. Nie żyję stereotypami, ale Rosja zawsze kojarzy mi się z jakimś niebezpieczeństwem. Po prostu dziwny kraj. Decydujemy się porozmawiać chwilę z kierowcą, zapytać gdzie jedzie i zdać się na intuicję, która w stopowaniu jest najważniejsza. Rosjanin zdaje się być miłym gościem, złych przeczuć nie mamy, więc postanawiamy jechać. Oskar poszedł włożyć plecaki do bagażnika, a ja siadam już do przodu, gdzie są 3 miejsca. Pierwsza kwestia, o której informuje nas kierowca – “musimy jechać na stację benzynową, muszę do łazienki”. Pytamy klasycznie: “Często bierze pan ze sobą autostopowiczów?” i “Czemu nas Pan wziął?”. Pierwsza odpowiedź – “To zależy”, a druga – “Bo chłodno”. Kierowca wbrew pozorom jest dość rozmowny, dowiadujemy się, że jedzie pod Warszawę do firmy InterCars bo tam pracuje, poznajemy jego zawód. Ale coś w pewnym momencie mi nie pasuje. Zaczyna się on drapać i uciskać “w okolicach”. Spojrzałem na Oskara, on na mnie i nie za bardzo wiedzieliśmy co robić. “Zdecydujemy na stacji” – pomyślałem. Od tego momentu chciałem jak najszybciej na nią trafić, ale jak na złość nie było jej nigdzie w pobliżu. Dojeżdżamy tam po około 20 minutach, nasz rosyjski kolega idzie jeszcze na kawę (którą nam też proponuje) a ja zaczynam rozmawiać z Oskarem. On uświadomił mi, że kierowca mocno podkreślał – “musimy szybko jechać na stację paliw”. I na szczęście nie mylił się, bo Rosjanin wrócił z łazienki i wszystko było już w porządku.

Coraz bardziej rozkręcaliśmy się jeśli chodzi o rozmowy – mówiliśmy nawet o Smoleńsku, Katyniu, relacjach polsko-rosyjskich. A to wszystko z inicjatywy Rosjanina. Słuchaliśmy też rosyjskiego punk rocka, co bardziej spodobało się Oskarowi, który jest fanem tego gatunku. A co, jeśli chodzi o język? Nie było prosto. Mówiliśmy polsko-rosyjskim, ale wszyscy doskonale się rozumieliśmy. Dojeżdżając już pod Łomianki – gdzie mieliśmy wysiąść – nie za bardzo wiedziałem po jakiemu mówię. Oby dwa języki mi się pomieszały i jedyne co pozostało to wielki chaos w głowie i lekka migrena. Poza tym – zaczęło przygrzewać słońce i robiło się naprawdę ciepło, mimo tego, że jak wyjeżdżaliśmy było około 10 stopni. Zobaczyliśmy wielką halę Intercars i kierowca wysadził nas na przystanku autobusowym naprzeciwko. Pomógł nam wszystko wyciągnąć, miło się z nami pożegnał i trzeba było już ogarniać następną tabliczkę. Wyciągnęliśmy mapę, przeanalizowaliśmy trasę, zrobiliśmy parę pierwszej klasy zdjęć..

IMG_2587

Takich jak to.

I usłyszeliśmy za sobą klakson. To znów Rosjanin, który pokazuje, że zostawiłem u niego wodę. Podbiegłem szybko, wziąłem co moje, uprzejmie podziękowałem i pożegnałem się, już teraz ostatecznie. Do dziś bardzo miło wspominam tego stopa pod Warszawę. Nie pozostało nam nic innego jak zrobić kolejną tabliczkę i czekać…

IMG_2591

Po 25 minutach z radością dostrzegamy zjeżdżający na zatoczkę samochód. Czyżby znowu obcokrajowcy?…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s